wtorek, 26 maja 2015

Dzień Matki

Nie ma chyba takiego dnia, kiedy matka ma wolne od dziecka...
Nawet gdy zostawia swe młode pod dobrą opieką w pewnym momencie pojawi się objaw troski, tęsknoty czy obawy.
Pracujemy okrągły rok, 24h na dobę, 7 dni w tygodniu.

Jesteśmy cudowne, niezastąpione, dzielne i wykazujące się nie lada geniuszem tylko po to by zaspokoić potrzeby naszych maleństw.

Wszystkim Wam, tym młodym mamusiom, na początku drogi i tym, 
które odchowują już swoje wnuki życzę spełnienia jako kobiet. 
Słodkich chwil wytchnienia, uroczych poranków, niezapomnianych maleńkich buziaczków oraz przyjemności na co dzień. 

W pełni na to zasłużyłyście i zasłużyłyśmy : )

niedziela, 17 maja 2015

Naciągana sprawa...czyli co się mówi o napletku

Dziecko każdej matki jest idealne. A skoro idealne to idealna oczywiście jest męskość każdego synka.
I nagle...
idziemy do lekarza, pielęgniarki, chirurga dziecięcego i przy rutynowej kontroli dowiadujemy się, że nasz syn ma stulejkę, sklejkę i inne dziwnie brzmiące rzeczy i trzeba nacinać, naciągać, smarować, dziwować.
Zdjęcie z Wikipedii.
Nam też się to przytrafiło. Idziemy z inną sprawą do chirurga a on ogląda i mówi: proszę się zapisać na nacinanie napletka (dziecko nie ma jeszcze 2 lat). Mało tego. "Proszę sobie kupić maść znieczulającą" 100% płatną "bo my w szpitalu(!) nie mamy".
Aha. Jeszcze trzeba iść do rodzinnego po skierowanie, bo bez skierowania nie mogę zrobić”.

Przerażeni idziemy czym prędzej do rodzinnego, żeby nam nie dał skierowania, bo przecież intuicyjnie wiemy, że wszystko jest ok.
Nigdy się nic nie babrało, kolor grzecznie nie czerwony, stanów zapalnych brak.

A rodzinny- ja mu to naciągnę. Bo potem to już późno i będzie pamiętał.
Proszę smarować maścią (sterydową- nie obojętną dla zdrowia) i przyjść po TYGODNIU.

Tydzień to trochę mało czasu nam się wydało na zmiękczenie naskórka, ale po drodze młody złapał jakąś infekcję jelitową więc kto by wtedy męczył dziecko dodatkowymi atrakcjami no i to ryzyko przy biegunce, że dojdzie do zakażenia. Maści nie zdążyliśmy wykupić a tu napotykamy sąsiadkę.

-W domu siedzimy, bo młodego szczypie fifolek, bo byliśmy na naciąganiu.- informuje.

Od słowa do słowa okazuje się, że pełno tam było też czterolatków.
Dlaczego? Bo panuje powszechna opinia, że do 4 roku życia ma już chłopczyk być gotowy do prokreacji a jego napletek w pełni schodzić do końca.
Więc bach! Wybija licznik 4 lat i ciach, ciach, ciągniemy na siłę, niech dziecko wie, co to przyjemność.

Nie jestem lekarzem i nie zamierzam udawać, że nim jestem, ale nie podoba mi się licznikowe podejście do dzieci. To jak dziecko nie zacznie chodzić tak jak mój młody w 10 miesiącu to znaczy, że trzeba go uznać za niepełnosprawnego? A może odwrotnie? Mam na siłę hamować moje dziecko, żeby pasowało do licznika rozwoju?

Ale to nie koniec. Jest nadzieja ; )
Przy okazji spotkania z sąsiadką dała mi maść do naciągania, bo im już niepotrzebna.
A że zawsze szukam ulotek itd. to weszłam na wujka google, na stronkę rządową o ulotkach ale przy okazji od razu z nazwą leku wyskoczył mi filmik.

BRAWO!!! BINGO!!! JESTEM W DOMU!!!

Pan doktor Piotr Gastoł, okazuje się jeden z nielicznych specjalistów w Polsce od spraw układu moczowego u dzieci naciąganiu, nacinaniu mówi zdecydowane NIE przy zdrowym fizjologicznie zakończeniu tej części ciała (oczywiście są też i przypadki zakażeń itd., ale najczęściej z braku higieny lub robienia czegoś właśnie na siłę). 


Musiałam się podzielić z Wami tym filmikiem, bo są zdjęcia, są tłumaczenia, cały wykład i moje kochane mamy mówcie zdecydowanie:

Łapy precz od napletka mojego dziecka!”

wtorek, 24 marca 2015

To ci targ! Czyli wpadki troskliwej matki cz.1

Idealny rodzic codziennie planuje idealny dzień dla swojego idealnego potomstwa.

Szkoda, że w rodzicielstwie nie istnieje ani idealny rodzic, ani idealne dziecko, a już tym bardziej nie dzień...

Wychodzimy ze szpitala po ostatnich perypetiach mniej idealnej matki.
Na pozór idealne warunki by poczuć się jak w niebie, na którym pięknie mieni się słońce, ogrzewając spragnione wiosny ciała, ciepłą lecz rześką aurą.

Nic dodać, nic ująć.

Dziecko wesołe, rodzic "odetchnięty" z ulgą, po opuszczeniu ciasnych ścian, spacerują do daleko zaparkowanego samochodu.

Przechodzimy przez Stary Browar a małżowin, tknięty niezaspokojonym apetytem, zatrzymuje się przy stoisku wypieków a la domowe.

Pięknie! Woła mnie, bo chlebek ryżowo-kukurydziany nie ma glutenu a młody ma lekką dietę zachować.

Super. Piekę chleby, takiego zestawu mąk nie używałam jeszcze, chleb z degustacji wcinamy równo.
Myślę sobie- mówiła ryżowo-kukurydziany, więc dodaję w głowie to co wykańcza składniki chleba- wodę, sól, drożdźe i wszystko na pozór gra.

Cena powala na kolana, ale czego nie robi się dla dziecka. BIORĘ!

Nie zdążamy po drodze do domu do sklepu, bo popędzam męża- brzuch mnie boli. Chyba mnie będzie czyścić.

Dojeżdżamy- ja akcja błysk toilette a młody akurat się zdrzemnął.

Mówię sobie w mękach- z nerwów, z tych przeżyć ostatnio- teraz organizm się wyładował.

Ale młody ledwo się budzi- wysypka, którą skutecznie zlikwidowano w szpitalu kroplówką z Calcium.
Do tego ostry ryk. Ewidentnie boli go brzuszek.

Od razu chwytam za lapka--------> internet ----->targ------->telefon
i PYTAM. Odzywa się chyba szefowa.

JA:-Czy do tego chleba bezglutenowego dodajecie mleko?
-Czasami mleko w proszku, ale bez laktozy, bo jestem uczulona.
JA:-No tak, ale laktoza to nie to samo co białko mleka. Laktoza to cukier a moje dziecko jest uczulone na mleko. Czy w tym chlebie jest mleko?
-Mleko w proszku bez laktozy i margaryna z lecytyną (zapewne sojową--->soja od 3 roku życia...)
JA:-Wie Pani co? Rozumiem dbałość o recepturę itd, ale myślę, że powinnyście dodawać listę składników.
-Bardzo Panią przepraszam. Życzę zdrowia.

Pięknie. Przeprosiny zlikwidują wysypkę...

Co zrobić z takimi targami? Człowiek chce dobrze, nie ze sklepu, gdzie ulepszacze, sracze. A tu sprzedawca nie wie co sprzedaje.
Ja spytałam czy jest czarnuszka, (bo jest wczesnoporonna) w chlebie z ziarenkami, bo były jakieś czarne.
Także zero odpowiedzi, bo przecież piecze piekarz a nie sprzedawczyni.

WNIOSEK:

  • bezczelnie pytać o receptury. Nie podadzą- nie kupować (zwłaszcza za takie horrendalne stawki).
  • najlepiej zabierać ze sobą termos z jedzeniem dla dziecka, chrupki, banany- co tam może i taszczyć prowiant zawsze i wszędzie ze sobą.
  • Nie ulegać głodowi męża

Mądra matka po szkodzie. Niestety dziecka szkodzie...


A TU ZAJAWKA ZDJĘCIOWA NA PRAWDZIWIE DOMOWY, NIEULEPSZANY, PROSTY CHLEB GRYCZANY, WYTRAWNY. BEZ BÓLU BRZUCHA;)
Przepis niebawem.


P.S. Tatę też dopadł ból brzucha, więc nie upiekło mu się też za dobrze. Może też się nieco opamięta




piątek, 13 marca 2015

Zupa dla niejadka w kolorze pomarańczy

Moje dziecię nie przepada za warzywami, które akurat mam pod dostatkiem. Jest sporo marchewki z ogródka to akurat ma ochotę na buraczka czy brokuła i odwrotnie.

Postanowiłam więc przemycić nieco marchewki w wersji niemarchewkowej.

Danie pochłonął z 4 dokładkami i dla taty nie zostało...

Przepis na zupę marchewkową dla dzieci:

Przepis dla diety bezglutenowej, bezjajecznej, bezmlecznej, wegańskiej, wegetariańskiej, niskotłuszczowej

  • 6 średnich marchewek
  • 1 ziemniak
  • 1 cebula (średnia lub duża)
  • 1 biała pietruszka (czyli korzeń)
  • 1-2 cząstki pomarańczy (resztę podjadamy w trakcie robienia)
  • płatki migdałowe
  • plasterek imbiru wielkości paznokcia u kciuka (mamy, nie dziecka)
Marchewki i pietruszkę obrać lub tylko porządnie umyć (skórka jest zdrowa, jak z eko upraw) i pokroić w plasterki. 
Ziemniaka obrać, pokroić w kostkę.
Cebulkę drobno posiekać, aby puściła trochę soku.
Wrzucić do rondelka i zeszklić lekko. (Można zrobić to na tłuszczyku, ale ja wolę szybko dodać wodę a do gotowej zupki olej lniany nierafinowany, tłoczony na zimno).
Zalać wodą- około 400-500 ml.
Wrzucić marchewki i pietruszkę. Od zagotowania się wody gotować około 5 minut.
Dodać ziemniaka i dalej gotować ok.15min aż warzywa zmiękną.
Pod koniec gotowania wycisnąć imbir w prasce do czosnku.
Zdjąć z ognia.
Zgnieść 1-2 cząstki pomarańczy i porwać na kawałki. Dorzucić do zupy.

Całość zmiksować.

Podawać z płatkami migdałowymi uprażonymi na rozgrzanej patelni lub w piekarniku.

Można ozdobić zielonymi listkami mięty, melisy czy kolendry.

Smacznego!



niedziela, 15 lutego 2015

Pyszne pączki bez jaj i mleka na Tłusty Czwartek, Ostatki czy Podkoziołek

Mniam, mniam.

Jak trudno pisać o pączkach, gdy się już skończyły.
Ale nic straconego, bo przepisik jest banalnie prosty!
Idealny dla mam karmiących, osób z alergią na jaja i mleko i będących na takowej diecie.

Kłamstwem, ale jakże słodkim, byłoby mamienie Was i siebie, że te pączki są zdrowe.
Niestety. Te zdrowe, po przyjrzeniu się przepisom nazywają się "ciastka wegańskie, z ziarnami, bez wszystkiego i bez tłuszczu" i smakują jak "ciastka wegańskie, z ziarnami, bez wszystkiego i bez tłuszczu".

A przede wszystkim NIE wyglądają jak pączki. A odwiedziny u mamy w TŁUSTY CZWARTEK na pączkach tradycyjnych, z młodym alergikiem oznaczałoby awanturę przy stole. I smutne serce matki.

Wyłamałam się więc z unikania pszenicy i cukru i zrobiłam prawdziwe pączki, pączusie!



Pączki miały być jak najmniejsze- łatwe do chwycenia w małą rączkę, wydające się być w dużej ilości (dzieci lubią liczyć ile zjadły a "duuuużo" je satysfakcjonuje. Wielkość mniej ważna).



A oto przepis na pączki bez jaj i mleka będący moim miksem różnych przepisów m.in. z Wielkiego Żarcia :

  • 500 g mąki (u mnie 450)
  • 50 g drożdży
  • 1 i 1/2 szkl. ciepłej wody
  • 1/3 szkl cukru- u mnie trzcinowy
  • 2 łyżki alkoholu (zmniejsza wchłanianie tłuszczu).
  • 1/3 szkl. oleju
  • olej/smalec do smażenia- dużo. Litr jak nic zejdzie oleju. Smalcu pewnie ze 3 kostki.
  • Opcjonalnie dodać np. cynamon, wanilię kakao itp.
  • Ulubione nadzienie: marmolada różana, masa czekoladowa, adwokat itp.
Drożdże rozetrzeć z cukrem i odstawić w ciepłe miejsce.
Mąkę przesiać, wymieszać z cukrem. Dodać zaczyn, ciepłą wodę i olej.
Zagnieść ciasto nie dusząc tylko spulchniając wtłaczanym powietrzem. Najlepiej mokrą ręką lub natłuszczoną oliwą.
Zostawić na chwilkę do wyrośnięcia.

W tym czasie rozpocząć rozgrzewanie oleju.

Ciasto rozłożyć na stolnicy i rozwałkować.
Wykrawać krążki (u mnie średnica ok 4 cm) i poczekać aż lekko podrosną.


Opcje wykrawania i nadziewania pączków:

  • Opcja 1:sza- trudniejsza (łatwiej się topią, wylatuje wsad itp.)

Nakładać nadzienie na 1 krążek i sklejać drugim.

  • Opcja 2ga:- łatwiejsza i bez sensu (o czym się przekonałam w trakcie)

Robienie piętrowego pączka bez nadzienia, usmażenie i nadziewanie szprycą.

  • Opcja 3-cia- Mądra bardzo. Formowanie kulek i szprycowanie po usmażeniu.

Ostatecznie żeby otrzymać mały rozmiar smażyłam i kulki i pojedyncze krążki i szprycowałam póki są ciepłe.

Wrzucać na rozgrzany olej. Ja wrzuciłam 1 krążek jak pojawiły się bąbelki. (Za wcześnie). Olej musi zacząć lekko pachnieć.


Pączki odwracać dopiero gdy usmażą się z 1 strony. Ja smażyłam w głębokiej patelni, aby była duża powierzchnia i łatwo się wyciągało. 


Sypać cukrem, lukrować, polewać, nadziewać!
Tutaj dżemik morelowy (moje dziecko woła już przecudnie "mlele").



A tutaj nadzienie czekoladowo gruszkowe z nutką pomarańczy. Przepisik zaktualizuję niebawem.


Jak tylko wrzuciłam pączki na patelnię dziecko zaczęło skandować "am, am" i "Jeśś" gdybym nie zrozumiała pierwszego. Więc dostało pierwszego. Tej partii nie udało się sfotografować...ekhm. 




Ponieważ tego dnia mieliśmy się obżerać pączkami u mamy postanowiłam zakończyć na dwóch partiach i resztę, bo bożemu upiec jako zdrowsze drożdżówki na jutrzejsze leniwe śniadanie. (Leniwe, bo dziecko je w samotności a my z szafki nocnej podajemy mu zakąski przygotowane wieczorem, co daje nam do godziny drzemania dłużej).

Rozwałkowałam ciasto i posmarowałam reszta dżemu. Posypałam kakao i mąką migdałową i wymieszałam.


Zrobiłam rulon, odczekałam aż podrośnie i pokroiłam w plastry grubości 12 mm.

Włożyłam na papier do pieczenia i do nagrzanego do 180 st piekarnika. Aaa! I posmarowałam wodą.

Upiekły się szybciej niż jajeczno-mleczne. Bo ten kolor uzyskałam po ok. 10 min na termoobiegu.

Obawiając się zakalca, otrzymałam jeszcze z 7 minut w piekarniku na niższym piętrze.

Wyszły smaczne, choć nieco suche. Trzeba by więcej mokrego dodać do ciasta. Najlepiej masła. Mniam, jeśli kto może;)


niedziela, 1 lutego 2015

O zdrowiu słów kilka...subiektywnie

Każda mama chce jak najlepiej dla swojego malucha. 
W ciąży robi obszerną listę idealnego wychowania, obsługi dziecka i karmienia. 
Dopiero gdy maleństwo się pojawia, a zmęczenie i pęd życia wywiera dodatkową presję, lista ulega mocnej modyfikacji a my albo szalejemy z powodu wyrzutów sumienia, że nam się nie udało być tą "Idealną matką" albo rezygnujemy z postanowień zupełnie, chcąc ocalić swoją harmonię.

Z macierzyńskich obserwacji siebie i innych matek, tym przyszłym mogę powiedzieć:
"Idealna Matka" nie istnieje! Nie oczekuj więc od siebie naprawy otoczenia dla swego maleństwa.
Nie każda mama przecież może sobie pozwolić na karmienie piersią- np. przez konieczność powrotu do pracy czy zwyczajny brak pokarmu.

Nie każdej uda się wytrwać w postanowieniu nie dawania klapsów czy nieprzeklinania przy dziecku.
Ulegniesz, gdy zobaczysz jak patrzy na Ciebie oczami kotka, gdy widzi batonik, mimo sporej dawki słodkości wcześniej.
Czasem tak bywa. Nie możesz winić się codziennie za to czym bombarduje Was świat.
Jesteś idealną matką na Twoje możliwości i okoliczności. Ale jedna osoba dodać inne jedne osoby świat zmieniać już mogą : )

No i ja nie zgadzam się też z tym, co robi "dla nas" otoczenie- czytaj: rząd, koncerny, telewizja, prasa dla mam itd.
Poszukując odpowiedzi na swoje dolegliwości i mając syna "alergika" drążę.
Któż nie ma teraz dziecka "alergika"? Czy to przypadek?

Niby wiemy, że nie powinno się tego, czy tamtego. Ale te reklamy tak nas namawiają do zakupu jeszcze tej nowej czekoladki.
A tu zaraz Coca Cola ma najprawdziwszego Świętego Mikołaja z prezentami, a tam Danonki są najlepszym źródłem wapnia.

Zrezygnowałam z telewizji już dawno. Po kilku publikacjach o marketingu i neuromarketingu nie mogłam już spokojnie oglądać tego, co pomiędzy interesującym filmem. 

A potem przyszedł moment, który zadecydował. Lekarz kazał mi się pogodzić z "Atopowym Zapaleniem Skóry". 

A ja się z reguły nie godzę na godzenie z czymś co mnie wkurza, zatem wkurzona szukałam źródła.

Wiele czasu mi to zajęło.
Od wszelakich diet, przez odczulania metodami alternatywnymi aż do zielarki i detoksykacji.

Teraz, kiedy karmienie piersią i dieta dziecka zmobilizowały mnie do rygoru widzę poprawę w całym układzie. Dziecko ma się świetnie. Ja coraz lepiej.

Pomogły mi w tym m.in. zioła przepisane przez zielarkę na podstawie wyników badań i oceny stanu skóry,
oraz prosta dieta oczyszczająca.

Jednak przede wszystkim zrezygnowałam ze środków chemicznych, które dostarczałam codziennie swojemu organizmowi.
I to od niemowlęctwa. Analizując moje życie w cywilizacji wyglądało to tak:

Jako maluszek byłam króciutko karmiona piersią. Potem -chemiczne mleko
Malutko odporności od mamy i dawaaaaj szczepienia!
Wychodziły mi straszne atopowe rany na skórze. Nie umiałam się jeszcze podrapać a już było strasznie. No to smarujemy sterydem. Lata spania w rękawiczkach z paskudztwem na rękach, który powodował jeszcze większe pieczenie--->drapanie i rany.
Potem trochę podrosłam. A że dziadek uprawiał ogródek, jadłam pyszne zbiory. Dorosłam. Przez długi czas nie pamiętałam nocnych rękawiczek. Dziadek odszedł. Odeszły i zbiory. Częstsze infekcje, bóle stawów, kontuzje, "trądzik młodzieńczy" - czytaj chipsy, modne gazowane napoje, gorące kubki i inne pyszności. Efekt boom-u po pustkach w sklepach, zastąpionymi  pustką wartości odżywczych.
Wracają objawy atopii. I wyrok, z którym się nie zgadzam.
Dieta. Dieta inna. Dieta jeszcze inna. Wszystkie diety zawierały jednak coś, czego człowiek nie trawi na dłuższą metę. Bo tego się trawić nie da. Np. żółtego sera na pizzy.


Nie wygrałam jeszcze tej walki. Jednak efekty są. Znaczne. Dieta bez soli, bez paczkowanych, butelkowanych, puszkowanych produktów i nie z zalecaną dawką 5 porcji warzyw i owoców, ale oparta w 90% na owocach i warzywach. W 95% wegańska. 
Jestem człowiekiem społecznym, więc kilka procent to dobrodziejstwa smaku i przekleństwa cywilizacji jedzenia na mieście i w gościach wszystkiego. Jednak kilka miesięcy byłam uczciwa wobec siebie w 100% : )

I tym chciałam się podzielić i zainspirować młode mamy i przyszłe mamy, aby nie poddawały się w wyborach.
Jeśli ominiesz większość działów w markecie to już będziesz dzielna. Dasz sygnał do konieczności zmian w traktowaniu ludzi. Musimy zauważyć, że jesteśmy tuczeni jak kurczaki na farmach czy świnie i bydło w hodowlach. Różnica polega tylko i aż na tym, że możesz wybrać co włożysz do ust. Swoich i swojego dziecka.

A poniżej kilka źródeł cennych informacji do poczytania. (Mam tego znacznie więcej)


  • O tym co jemy, jak sterylnie żyjemy, co w siebie pakujemy i co z tego wynika



  • O tym, jak świat mógłby wyglądać, gdyby nie koncerny farmaceutyczne i lobby rządowe w sprawie nowotworów. Oraz remedium- dieta, która mnie wspiera w niefarmakologicznym łagodzeniu i zaniku objawów Atopowego Zapalenia Skóry. 


A poniżej strona, która potraktowała jedną z rad Gersona jako atut do promowania garnków. Każda próba jest dobra. 
  • O tym, co nasza skóra chłonie i jaki jest tego sens:

W tym miejscu dodam, że lata temu natknęłam się na tekst o konserwantach w kosmetykach. I jeden z nich powodował zapychanie porów a dodany był do serii kosmetyków na odetkanie porów! 
Przypadek czy must have? 

P.S. Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że myjąc twarz samą wodą pory się zwęziły i nie są tak zapchane...

  • Dla zjadaczy mleka ku walce z osteoporozą. Oraz dla mam karmiących piersią. Ja także upierałam się, że się nie da żyć bez mleka. Dało się i to nie tylko bez mleka ale i wyprowadzić dziecko z ostrej atopii  na twarzy w ciągu 2 miesięcy.

i na pocieszenie, że to jest do rozwiązania jak zawalczymy o naturalne środowisko i paszę dla krów:



Owocnych przemyśleń życzę i...nie dajmy się zwariować ; )

















niedziela, 11 stycznia 2015

Zielona bomba witamonowa zamiast mleka zastępczego- dla starszych dzieci

Wiele z mam, podobnie jak ja, szuka alternatywy dla mleka sztucznego.

W końcu dziecko duże, jeść potrafi a wciąż się boimy odstawić witaminy z puszki, bo przecież pewnie czegoś maluchowi niedostarczymy i co będzie.

Zatem polecam na lunch-yk taki deserek.

Potrzebne (porcja dla mamy i dziecka i coś jeszcze tacie skapnie):

  • 2 kiwi (uwaga- może uczulać. Wojtek na szczęście wcina równo.
  • banan
  • 2-3 liście jarmużu
  • jabłko
Wykonanie: 

Składniki umyć. Banana, kiwi i opcjonalnie jabłko obrać ze skórki. Rozdrobnić owoce i liście jarmużu, zmiksować w blenderze. Spożyć natychmiast po zrobieniu, żeby się niepotrzebnie nie utleniało i wytracało składniki.

Młody się zajada. Matka konsumuje lubieżnie. Ojciec próbuje zlizać resztki.

Dziś jeszcze ciocia się chciała załapać, posmakowała, pokusiłam, żeby odwiedzała nas częściej. W oku błyszczałą jej myśl o doznaniach podniebienia. 

Niestety z powody braku śladów spożycia przez wylizanie zdjęć brak. W sumie to też przez fakt, że chwilowo nie mam czym, bo syn także chciał zostać fotografem...

Wartość witaminowo-odżywcza:

jarmuż
  • wit. B2, B3, B6, C, K
  • beta-karoten
  • kwas foliowy
  • WAPŃ
  • żelazo
  • magnez
  • cynk
  • flawonoidy
  • glukozynolany (kiedyś wyjaśnię)
  • błonnik
Kiwi
  • wit. B3, C
  • beta-karoten
  • błonnik
  • niektóre źródła mówią o kwasie foliowym
Jabłko
  • substancje antynowotworowe
  • wit. C, 
  • flawonoidy
  • błonnik
Banan
  • wit. B3, B5, B6, C
  • biotyna
  • mangan
  • potas
  • magnez
  • błonnik
(banan ma dośc wysoki indeks glikemiczny)

Wariacje na tłuszcze i białko:

wariant 1
dodać np. fasolkę  adzuki (białko)
dodać kilka kropelek oleju lnianego nierafinowanego, na zimno tłoczonego 

wariant 2
dodać orzechy- białko i zdrowe omegi w jednym (ja małemu mielę w młynku do kawy, żeby się nie zachłysnął twardym).

wariant 3

dodać małą marchewkę surową - wit. A, E i inne dobrodziejstwa
kilka kropel oleju lnianego (nierafinowanego, na zimno tłoczonego).